Zielone Lesotho
czwartek, 2 grudnia 2010
Malutkie państewko leżące w samym środku RPA pod względem ukształtowania terenu a także powierzchni, ok. 30 tys. km kw., można tylko porównać do Szwajcarii.
Lesotho jest jedynym krajem na świecie położonym w całości na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Wzdłuż granicy południowo-wschodniej rozciąga się pasmo Gór Smoczych (najwyższy szczyt - Thabana Ntlenyana 3482 m n.p.m.), na północy zaś Maloti, z którego wypływa główna rzeka Oranje. Z góry kraj ten jawi się jako przepiękna bajkowo zielona kraina.
Tam też wiodła trasa naszego dzisiejszego lotu. Zaproponowałem Bogusiowi, aby nasz pierwszy punkt zwrotny umiejscowić w miejscowości Mohaenshoek, położonej na wysokości prawie 1800 m n.p.m. tuż przy granicy z Lesotho. Obszar ten jest stosunkowo słaby termicznie o tej porze roku ze względu na wyższą wilgotność powietrza, niższe podstawy chmur, z których często pada deszcz. W związku z tym punkt ten jest dość rzadko wybierany przez szybowników, chcących wykonać długi przelot. Lata się tam zwykle ze względów widokowych.
Wystartowaliśmy około godziny 11. i po dość szybkim wykręceniu się odchodzę na trasę. Boguś wystartował nieco później i odszedł dwadzieścia minut po mnie. Przede mną, w stronę punktu jest absolutny błękit, dopiero w oddali, gdzieś na horyzoncie pojawiają się pierwsze cumulusy. Oceniam, że odległość do chmur przy tej przezroczystości powietrza może wynosić jakieś 100 - 120 km. W Europie prawdopodobnie mogłoby to być o połowę mniej. Z wysokości mojego odejścia ok. 1900 m chmury te są absolutnie poza zasięgiem mojego szybowca. Licząc na jakieś wznoszenia na bezchmurnej rzucam się w błękitną otchłań, która jak się później okazało, po przeleceniu około 50km do zmusza mnie odwrotu. Niespotykane duszenia i w konsekwencji konieczność wykręcania się z małej wysokości sprawiają, że postanawiam powrócić z powrotem nad lotnisko i spróbować jeszcze raz.
Po drodze spotykam Bogusia i odchodzimy ponownie na trasę o 12:30, tym razem z wysokości 2 100 m. Termika już zapracowała i lecimy po strzępkach chmur wzdłuż wyznaczonej trasy na wschód, obierając oddalony o prawie 200 km nasz punkt przy granicy z Lesotho. Po ok. 100 km udaje nam się dolecieć do dojrzałych już cumulusów i nasza prędkość nieco wzrosła. W okolicy miejscowości Zastron, oddalonej o 150 km od Gariep udaje się Bogdanowi przy zboczu znaleźć prawie 5 metrowe wznoszenie i wykręcamy się na wysokość 2 800 m nad poziom lotniska. Dalej podstawa chmur, zgodnie zresztą z naszymi przewidywaniami, obniża się o prawie 1 000 m. Wykonujemy długi, ponad 80 km lot ślizgowy, zaliczając nasz punkt Mohaenshoek. Przed nami rozpościera się przepiękny widok niczym z filmu Władcy Pierścieni. Zupełnie odmienny od półpustynnego interioru, do którego widoku już prawie przywykliśmy. Widoki rekompensują mam wszelkie trudy związane z bezsilnikowym lataniem w tym rejonie. Boguś bardzo narzeka przez radio, że nie potrzebnie dał się namówić na lot w ten rejon. Żartuję krótko, że jest to mój rewanż za Halę Szrenicką, na którą Boguś namówił mnie w czerwcu tego roku, zaprzepaszczając tym samym szansę na dłuższy przelot w tym dniu. Wyciągam aparat, robię pośpiesznie zdjęcie i lecę dalej w poszukiwaniu jakiegoś wznoszenia. Po przeleceniu następnych 40 km znajduję przyzwoite 2,5 m/s i szybko przemieszczam się pod wiatr wiejący od czoła z prędkością ponad 50 km/h.
Tutaj rozdzielamy się z Bogusiem i od tej pory nasz lot przebiega oddzielnie. Obieram kurs na zadeklarowany wcześniej punkt Koffiefontein z charakterystyczną dziurą w ziemi oddalony o 250 km na NW. Boguś skraca do Jagersfontain. Niestety okazuje się, że mój punkt zwrotny przykryty jest przez komórkę burzową, która skutecznie uniemożliwia mi kontynuację przelotu po wyznaczonej trasie. Zawracam, mając jeszcze około 20 km do celu i dalej kontynuuję przelot według zasad OLC, czyli im więcej km tym lepiej. Kończę przelot z bagażem 807 km. Na jutro prognozowane są burze, więc prawdopodobnie będzie kolejny dzień techniczny.
MS
PS od administratora strony: polecamy przeglądarkę Firefox.