Dzień wolnego
czwartek, 8 grudnia 2011
Poranek przywitał nas niskimi fractusami i soczewkami pod znikającym górnym pokryciem. Wiadomo, że nie będzie lekko przynajmniej na początku.
Popatrzyliśmy jak startują Czesi i zrobiliśmy sobie przerwę chociaż dało się latać. To znaczy ja i Marek… Piotrek poleciał ale wylądował w środku termiki z piekielną chorobą lokomocyjną. Nawet teraz go łeb boli jak po ciężkiej imprezie, a takiej przecież nie było...
Chyba się odwodniliśmy. Ja wypiłem 2,5l wody tak na spokojnie przed obiadem i dopiero spuściłem pierwszy worek.
Dobrze, że nie poleciałem… a już szybowiec miałem gotowy na starcie.
ecc